sobota, 8 września 2012

Tygodniowe podsumowanie

Pierwszy tydzień przedszkola za nami. U nas raczej kolejny tydzień, bo dzieci lipiec i sierpień siedziały w przedszkolu do 17 :) To chyba taki rodzaj uzależnienia. W każdym bądź razie,doszły do grup  nowe osobniki. Janek przeszedł do grupy 3 latków, bo tak zadecydowały panie i my. Cały tydzień była tzw. norma: pobudka, odwózka, o 17 przywózka i popołudniowa domowa demolka :) Jeśli pogoda pozwalała owa demolka odbywała się przed domem. Owocem takiego zachowania była pomoc w myciu i odkurzaniu samochodu. Zatem na +.

Wizyta z Janem u otolaryngologa też na +. Przesympatyczna pani doktor, dobre podejście do dziecka. Nawiązana relacja zaowocowała rozdziawieniem buźki i stwierdzeniem, że jeszcze nie pora na wywalanie trzeciego migdała. Są syropki, wskazania a samo chrapanie itd w tym wieku nie kwalifikuje dziecka do zabiegu. Mam się nie martwić, obserwować, aplikować a kiedyś, jeśli zajdzie potrzeba wywalimy drania. Póki co drań jest w stanie zrobić dla Jasia wiele dobrego, bo wytwarza przeciwciała, które są potrzebne.

Czwartek zaowocował spotkaniem z koleżanką na kawie i nasze wywody odnośnie trendu na eko. Pozwolę sobie zauważyć, że nawet wśród osób blogujących można zauważyć pewne trendy. Są na topie ekokomsetyki, ekożarełko, ekotkaniny ,ekozabawki itd. Ja, my i nasza rodzina zawsze szukamy złotego środka. Chociaż wiem z opinii w rodzinie, że czasem miewam hopla. Otóż miewam, bo  mam na uwadze dobro i stan zdrowia swoich dzieciaków :)
O ile nie fiksuję się jeśli chodzi o kosmetyki ( używam i tych zwyklaków drogeryjnych, marketowskich i bardziej "ekologicznych"). Nie fiksuję się jeśli chodzi o tkaniny, recykling itd. Dlaczego? Bo kupuję, to co mi się podoba , w czym dobrze się będzie chodziło dzieciakom i w czym od czasu do czasu będą mogły się pokazać publicznie na wielkie wyjście. Śmieciusie segregujemy w kategorii: szkło białe, kolorowe, plastik, aluminium itp. No, ale żebym ze skrzynki po wodach minerlanych i worka po kawie robiła pufę ( tvn-owski trend) nie no! Bez przesady. Są gusta i guściki i tego się trzymam. Z racji chemicznego wykształcenia czasem unikam dyskusji co i jak, dlaczego, po co, na co jaki skład, jakie działanie, a niemożliwe, a co ty , tak by nas okłamywali?? O tak - pytań setki. Dlatego, że każdy ma prawo wyboru. Każdy decyduje sam o sobie. Ja tylko mogę się wypowiedzieć, ale nikomu nic nie narzucam.
Uśmiałyśmy się, że pewna pani X skarży się, że jej dziecko choruje, ma alergie wszelkiej maści itp. No, ale jak dzieciątko ma być zdrowe skoro pani X od początku wychowuje dziecko w sterylnych warunkach. Na placu zabaw wyciera mu z 20 razy ręce nasączonymi chusteczkami, do teściów wozi swoje sztućce by dziecko miało  "zdezynfekowane" no i szereg absurdalnych zachowań, które dla mamy są normą. Po czym koleżanka pyta się mnie a jak moje dzieci? Przecież Wercia chodzi 3 rok do przedszkola. Janek chodził do żłobka, teraz przedszkole??? No jak? Normalnie - odpowiadam. No to pyta co podaję, na co szczepiłam itd. Szczepiłam normalnie :) na to co trzeba. Bez wymysłów, kampanii reklamowych ( mąż mnie uprzedził, obiektywni znajomi lekarze też). Dzieci wychowywały się trochę z kurkami, indykami, pieskami. Trochę w bloku, mieście. Normalnie. Każdą sztukę karmiłam mlekiem z cyca 2 miesiące :) Tak prawie 4,5kg i 5kg stworki potrzebowały papu :) Byłam i jestem na tyle szczęściarą, że dziadek dba o nas. Mamy dostawy mięska z wiejskich kurek , pasących się na zielonej trawce. Kaczuszki i gąski ( tak znienawidzone przez to, że tłuste) kwestia rasy, sposobu hodowania a odorbina tłuszczu jeszcze nie zaszkodziłą nikomu. Eko jajka. Prosiaczkowe mięsko hodowane na zbożu, ziemniaczkach aż żal potem przerabiać na kiełbaskę z zielonym oczkiem ( bez chemii stąd oczko po wędzeniu). Pomidorki, papryczki i inne warzywka , które nie rosną np przy trasie na Warszawę, a na kieleckiej mniej skażonej ziemi , w które gospodarz wkłada serce i pracę. Tak to niewątpliwie zalety posiadania dziadka na wsi. Mam też szczęście, ża mąż jadąc na tydzień na targi stomatologiczne i sympozujm naukowe w wolnych chwilach zabiera wędki, kolegę i łowią w podpoznańskiej wsi ryby. Czasem nad Czarna Nidą coś złapiemy na sppining. No, ale, ale.  Jednak kupuję też w normalnych sklepach, gdzie jak każdy wie ( niektórzy mniej wtajemniczeni to tym lepiej) żarcie ocieka chemią, nawozami, hormonami! Niestety znalezienie złotego środka jest czymś, co pozwala czuć się dobrze moim dzieciom i funkcjonować w normie. To właśnie odrobina o tego czym dla mnie jest "wypośrodkowanie". No dobra- pyta koleżanka. To co robisz, albo raczej ile siedzisz u męża w klinice z zębami dzieci? Pada śmiech na pół kawiarni. Z zębami wcale. Siedzimy dla zabawy. Dla wytargania kolejnych naklejek, pobawienia się na placu zabawa w poczekalni. Na plotkach, na czekaniu na tatusia i na uroczystościach: dniu dziecka, świętach itd. No co Ty? Niemożliwe. Możliwe. No to o co chodzi? A ja mówię, że chyba o to, że moje dzieci były krótko karmione mlekiem. O to, że w nocy nie piły mleka. O to, że nie piły na noc gęstych owocowywch soków tylko słabe herbatki bez cukru lub wodę :) Zaśmiała się i stwierdziła, że to jednak niemozliwe. Więc kończąc temat mówię, że to zasługa tatusiowych genów. Bo sama nie wiem co :)
Wracając do tematu eko. My się nie fiksujemy rodzinnie.  Wszystko jest dla ludzi tylko w odpowiednich ilościach. Z resztą czasem wiem z różnych profesjonalnych źródeł, że szukamy tej chemii, trucizn itd w tym w czym one są prawie od zawsze a nie dostrzegamy w tym, w czym nie powinny być, a szkodzą o wiele bardziej. To tyle, bo mogłabym epopeję napisać.
Swoją droga każdy z nas ma różne babciowe, mamusiowe receptury z natury. Przepisy na coś lepszego, dobrego bez ulepszaczy. Czasem trzeba zaufać zmysłom. Tylko kochani, nie tak jak w tej reklamie odświeżacza, gdzie tłuką się spoceni bokserzy,  w śmierdzącym pokoju a testujący z zawiązanymi oczami czują zapach polinezyjskich kwiatów. Czasem trzeba podjąć męską decyzję, że oczy nie będą jadły, tylko nos pragnie poczuć zapach np. szarej renety, świeżych truskawek, malin nagrzanych w sierpniowym słońcu... Przypomnieć sobie smaki i zapachy dzieciństwa i wiedzieć, że to co wygląda "smakowicie" nie zawsze takie jest.

Z tytułu chemii, kosmetyków i tego co  ostatnio zużyłam i co lubi. Pozwolę sobie na ciąg dalszy wywodów.








Suchy szampon Batiste. Mam ich kilka. Lubię chyba najbardziej. Używam obecnie szamponu suchego Isana. Jednak ten ma w sobie więcej talku i na moich ciemnych włosach wyczesywanie jest bardziej czasochłonne. Latem są jak najbardziej ok dla mnie.






Kapsułki zakupione w sklepie zielarskim. Fajna sprawa. Oleista formuła powodowała, że stosowałam na noc co 2 dzień i skórze to zdecydowanie się spodobało.

Masło do ciała, które zużywałam głownie na nogi. Moje przesuszone kolana i łokcie. Jakiegoś szału nie było, ale nawilżenie i zapach akceptowalny. Teraz używam balsamu Oxedermil z 10% mocznikiem i efekt nawilżenia zdecydowanie jest lepszy.

To już oliwkowy żel do ciała był i dobrze, że się skończył. Szału jak na ekstrakt z oliwek nie było i lepszym od niego, był najzwyklejszy olejek Isana na zdjęciu poniżej.
Trio: Isana olejek bardzo fajna sprawa do kąpieli.
        peeling z Joanny : w ścieraniu +szczotka był ok.
        Isana żel do kąpieli - morze kwiatów. No może morza tam nie czuć było, ale do mycia zużyłam. 
 Peeling do mycia buziola. Niezły. Nie spowodował żadnego podrażnienia, nieźle złuszczał, ale jak dla mnie trochę za słabo. Nie odczuwałam po nim wielkiego ściągnięcia skóry i był przyzwoity.
A to już maska kolagenowa z drobinkami złota. Dzisiaj mam zamiar ją nałożyć wieczorem. Tydzien temu taką samą nałożyłam i efekty po zdjęciu całkiem, całkiem fajne.

 Roll-on nawilżający pod oczy Vichy. Nie piecze mnie tak jak ostatni, którego używałam chyba z Garniera. Fajnie nawilża, szybko się wchłania. Chyba jednak nawilżenie to zbyt mało i mam zamiar zakupić coś , co jeszcze delikatnie rozjaśni moje cienie pod oczami i minimalnie wygładzi pierwsze zmarszczki :)  Śmiem stwierdzić, że jednak reklama jest potęgą marketingu i sprzedaży. Skład hahaha pozostawiam bez komentarza. Powiedzmy, że jest odwrotnie proporcjonalny do ceny :) Mądry Polak po fakcie ( bo szkody mi nie zrobił).



 Z cyklu ulubieńcy lata. Baza brązująca Chanel. Ja używałam jej zamiast podkładu lub minerałów. rozprowadzałam pędzlem hakuro na buzi. Naprawdę jak dla mnie odkrycie. Fajnie brązuje, mnie przynajmniej nie zapycha i nie powoduje, że moja buzia się po niej nadmiernie świeci. Małe ale - pod nią nakładałam taką zieloną bazę z Marizy.  Ekonomiczny produkt i myślę, że zawita do mnie na stałe na cieplejsze dni jesieni, wiosny i zdecydowanie na lato.

RapidLash odżywka, serum do rzęs, brwi.  To  produkt, którego używam dobre 2 miesiące. Nawet małżon zauważył, że rzęsy mam bardziej "cacaniutkie" ( jak to mówi). No, ale on ma sokoli wzrok z racji profesji. Czasem odstawiam, zapominam na kilka dni i nie widzę by rzęsy bardziej wypadały po dostawieniu. Nie uczula mnie, nie piecze. Kusi mnie, by po niej spróbować tej drugiej bardzo podobnej. No cena tylko chyba tej drugiej razy dwa :) Stąd zakupiłam najpierw tańszą wersję.



 Cykl obiadów ostatnio w naszym domu to kasza jęczmienna, ryby, pomidory i ogórasy nasze :) Moje własnoręcznie zasadzone, wyhodowane, bez nawozów i zerwane też moimi ręcami :) Potem ukiszone wg. receptury babci i tadam ( tadam dwa zdjęcia niżej)


                        Mój wczorajszy obiad: filecik z soli, surówka z kiszonej kapusty i kalafiorek.
      
Poranne śniadanie mojej szarańczy: sklepowa feta, wiejskie jajca, nasz ogórek, dziadkowy pomidor i sos   włoski na oliwie z pestek winogron.
A to już dzisiejszy obiad: kasza jęczmienna, sałatka : feta, pomidor, oliwa , przyprawy, dorsz pieczony i nasze ogórasy kiszone.
Miłego weekendu :)

sobota, 1 września 2012

Wrzesień...

Zleciał ostatni tydzień sierpnia. Mamy wrzesień i niewątpliwie widać o po drzewach i czuć w powietrzu. Wożąc dzieciaki do przedszkola widziałam, że już niektórzy robią wykopki. Za chwilę nadejdzie złota jesień a po niej zima na którą czeka moja córcia.

Z frontu życia codziennego: Wercia po 10 dniach zakraplania oczu roztoworem 0,5% atropiny , po dwukrotnym komputerowym badaniu nadal nie ma okularów. Okazuje się, że odrobinę uciekające urok, to raczej "uroda" rodziny męża. Wada wychodzi na tyle mała na to oczko, że pani doktor musi się skonsultować i zbadać Werkę 15 października kolejny raz .

Janek w środę umówiony do otolaryngologa. Chcemy zrobić rozeznanie czy to trzeci migdał czy zwyczajnie jakiś "bunt" gardła przed klimatyzacją. Latem po 4 godzinach podróży samochodem kaszlał niemiłosiernie. Tak było zawsze gdy podróżowaliśmy z klimą. Pomijam fakt, że w naszym dwuletnim autku klima jest sprawdzana. W moim czteroletnim też co roku wymieniam filtry itd. tak więc kwestia grzybów i brudnej , starej klimy nie wchodzi w grę. Zauważyliśmy, że śpi z otwartą buzią i chrapie. Co do infekcji, to na cały rok żłobkowo-przedszkolny antybiotyk był 2razy. Raz przy migdałach, potem angina . Niby większość katarów, kaszli letnich wyleczyłam apteczno-domowymi sposobami, ale trwało to długaśnie. No i zobaczymy co powie w  środę otolaryngolog.

Z domowych tematów: ostatnio wśród stomatologów, ortodontów i zapewne techników stomatologicznych pojawił się ciekawy temat. Na pewnym portalu umieszczono zdjęcia Anny Przybylskiej. Ja zauważyłam te "licóweczki" lub korony pełnoceramiczne od razu. Mąż wieczorem uśmiał się, że mam odchylenia od normy i z racji jego fachu, pasji i domowych dyskusji gapię się ludziom na zęby. Jednak z obserwacji podwórkowo-klinicznych rzuciło się w oczy, że pani Ani, ktoś spaprał robotę. Robotę za którą zapewne zapłaciła  "parę groszy". Licówki  ( bo na oko moje a nie jestem stomatologiem) są wielkie, zbyt białe. Jakieś mało "naturalne", może też wchodzi w grę to, że tam przydałoby się lekka poprawa ortodontyczna. Trudno na sucho gdybać. W każdym bądź razie jej licówki od jedynek do trójek górne są koszmarnie sztuczne. Biją za każdym razem nienaturalna bielą po oczach. Nawet parząc na czwórki widać różnicę. No i dół, który też się odznacza. Czasem zły fachowiec narobi zamieszania :)  Jako "tylko żona fachowca" widzę już takie "anomalie", więc mogę sobie wyobrazić skąd ten temat na forach stomatologicznych i po przeczytanych postach się w sumie nie dziwię. Reklamy to pani Ania danej klinice,  tymi licówkami zapewne nie zrobiła. Pozwoliłam sobie pokazać jak przy wymagającej pacjentce, która w Polsce była tylko 6 tygodni, bez wcześniejszego leczenia ortodontycznego ( a takie pomogłoby skorygować zgryz i wyciągnąć trójkę, która siedzi w dziąśle) wyglądają lepiej zrobione licówki. Gdzie były brane pod uwagę wskazówki pacjentki o chęci posiadania "hollywodzkiego uśmiechu". Krótki czas pobytu w Polsce i to, że efekt miał być olśniewający ale nie groteskowy. Czasem młode pacjentki same chcą by  lekko wystylizować licówki na "stare" zęby a nie na zwykłą kłapakę. To tak z racji moich zainteresowań w kierunku ładnych zębów. Tutaj licówek było więcej jest góra 8 i dół 8. Od jedynek do czwórek, góra i dół. Na moje oko efekt jest estetyczny, ale nie groteskowy.
To już wspomniane "cuda" jak dla niektórych:


A to inne cuda zrobione dla pewnej pani zza oceanu:








A ten przykład pokazuje, że jedynki też są dość spore ( szerokie) i nie jest przykładem, gdzie można pałać z zachwytu, bo mamy lepsze. Jednak na warunki krótkiego pobytu, brak wcześniejszego ortodontycznego leczenia i  tzw. panie doktorze proszę szybko i ładnie. Efekt końcowy nie bije po oczach. Jest bardziej naturalny. Dobra to tyle z cyklu moich obserwacji zębologicznych.


Pierwszy tydzień października postanowiliśmy po burzliwych dyskusjach gdzie i kiedy spędzić nad morzem.  O tak wrześniowy zagraniczny urlop z racji pobytu mojego prywatnego zębologa, ojca moich dzieci w Berlinie i Poznaniu musiał być przełożony na październik. W październiku ja mam kilka wizyt: ortodonta, depilacja ipl-em ... Został 1 tydzień i postanowiliśmy wspólnie, że padanie na Krynicę Morską. Rezerwacja poczyniona, modły o pogodę trwają. Dzieci pooddychają świeżym powietrzem, my bez zgiełku, ogromu turystów się zrelaksujemy. Atrakcje zaplanowane: jest Malbork, stadnina koni ( a to najważniejsze, bo Werka pewnie nie odpuści), quady, plaża 200m od naszego lokum, mini zoo itp. Na wypadek braku pogody jest wyjście awaryjne: trójmiasto, baseny, knajpki i oczywiście kalosze, peleryny i plaża. Nasza szarańcza uwielbia zabawy w deszczu. Pod domem mamy zrobione własnoręcznie przesz szarańcze oczko. Z czego? Ze starej wanny :) Jednak plus tkwi w tym, że jak rybki i żabki chcą mieć czysto, to Werka wylewa wodę i myje wannę cifem ;)  O tak dzieci to niezwykle zaskakujące istoty.

Obiadowo: białe kluski, żołądki z pieczarkami i ogórki kiszone własnej roboty.
Popołudniowo: grill u kuzynki męża i zapewne siatkówka :) Siatkówka to już nasz punkt stały pobytu u nich.

sobota, 25 sierpnia 2012

Zielona zupa-krem

Rano robiąc obchód "włości" dopatrzyłam się, że mamy jeszcze kilka dorodnych cukinii. O tak bez nawozu, na ziemi, która jest "tłusta" wyrosło  ich sporo. To nasz pierwszy rok doświadczeń z ogródkiem. Pierwszy rok od opuszczenia przytulnego dwuklatkowego bloku i życia prawie jak w Bieszczadach . Prawie, bo prawie robi wielką różnicę. Jest cichutko, spokojnie, na swojej ziemi a przy okazji blisko do dwupasmówki  i do Rzeszowa wypada jakieś 17km. Dojazd do nas tylko dla wtajemniczonych, poczty i kurierów, którzy zostali poinstruowani prawie jak gpsem. Ale to jest, to czego potrzebujemy my i nasza "szarańcza wędrowna".
Wracając do zerwanych cukinii wpadłam na pomysł szybkiej, prostej i smacznej zupy-kremu. Serwuję ją w dwóch wersjach : Jaś z mozzarellą a Weronika z groszkiem pytsiowym.

Co potrzebuję: 2-3 cukinie, 3łyżki oliwy z ryżu ( lub innej), 3 ziemniaki, 2 ząbki czosnku, przyprawy (pietruszka, tymianek, bazylia, estragon, pieprz i sól do smaku) , 4 szklanki wywaru warzywnego ewentualnie bulionu czy rosołu jeśli taki posiadam ( czasem robię ten krem w poniedziałek i zostawiam sobie swojskiego rosołu z niedzieli).
Na rozgrzaną patelnię wlewam oliwę. Kroję w grubą kostkę cukinię, ziemniaki, przeciskam czosnek i podsmażam kilka minut. Następnie wrzucam to do bulionu. Gotuję 15 minut. Doprawiam ziołami, przyprawami i miksuję blenderem. W wersji dla Jasia dodaję odrobinę sera mozzarella a Werci dosypuję groszku ptysiowego lub grzanek. Dzieciaki uwielbiają. Ja mam szybką zupkę i czas na inne obowiązki.

Dodaj napis


piątek, 24 sierpnia 2012

Jak ten czas szybko mija

To lato zapowiadało się pracowicie pod względem budowlanym. Tyle mieliśmy zrobić, przerobić, dopieścić itd. W ostatniej chwili zmieniliśmy front walk i pogościliśmy się trochę ze szwagierką i jej dzieciusiami. Zrobiłyśmy amerykańsko-polskie rozeznanie w terenie :) A przy okazji połączyłyśmy przyjemne z pożytecznym. Trzy miesiące ich pobytu szybko zleciały. Za chwilę zerwę kartkę z kalendarza i będzie wrzesień. Po okolicznych drzewach widać, że zaczyna coś się dziać. Czy to już malutkimi kroczkami nadchodzi jesień?
Nadchodząca jesień zapowiada się owocnie, pracowicie i mam nadzieję, że spokojnie. Mamy ambitne plany i miejmy nadzieję, że dopniemy swego.
Z frontu życia codziennego : Wercia na kropelkach z 0,5% atropiną. We wtorek wizyta u okulisty i dobór szkieł. Od wczoraj nie chodzi do przedszkola, bo wolałam by te 6 dni pozostała w domciu. Janek dzielnie chodzi sam  i jak przyjeżdżamy po niego z Werką o 17 to rzuca się jej na szyję :)
Ja z niecierpliwością oczekuję kolejnej wizyty w salonie na depilacji laserowej. Póki co widzę, że ten laser działa na moje pachy bardzo dobrze. A co dalej, to kwestia czasu. Mam już pewne przemyślenia co do nóg. Jaki laser i gdzie. Jednak temu poświęcę pewnie oddzielny temat. Jak będę mogła wysnuć wnioski po IPL-u, którym depiluje pachy.
Z frontu kuchennego: dzisiaj pierwszy raz zrobiłam grzanki z brokułem i serem. Polecam są pyszne, błyskawiczne i pożywne.
Na 1 grzankę potrzebujemy: 2 różdżki brokułów, 2 plasterki sera żółtego, kromkę pieczywa i odrobinę oliwy. Kromkę pieczywa smarujemy oliwą, obkładamy posiekanym brokułem i serem. Zapiekamy 5 minut w piekarniku nagrzanym do 180 stopni.








Czas szybko mija. Za chwile wrzesień i kolejny rok edukacji brzdąców. Mogę odetchnąć, że miejsca nam znane . Nasi delikwenci zaaklimatyzowani. Wercia będzie tam chodziła 3 rok. Janek 2 rok. Ach szybko zleciało. A przypominam sobie czas, kiedy z jasiem pomykałam w wózku a Werka chodziła tam na zajęcia adaptacyjne
                                                               Tak było w 2010 roku

                    Rok później dołączył do grupy żłobkowej w tej placówce Janek :)





                     Potem już było z górki: pierwszy wspólny Mikołaj i Wigilia



                                         Pierwsze przedstawienia, uroczystości
W tym roku stresu nie ma. Bardzo cieszy mnie fakt, że dzieciaki lubią miejsce gdzie przebywają każdego dnia dziewięć godzin. Mało tego nawet całe wakacje nie ma mowy by zostały w domu, bo sie zaczynają nudzić. W tym roku lipiec i sierpień też chciały chodzić.
Mama szczęśliwa, że ten rok będzie już stąpaniem po sprawdzonym gruncie.